Też mieli buddę

2 Sep

Możliwe, że to uczucie, które kojarzy mi się z wizytami w Azji niekoniecznie jest związane z klimatem tam panującym. Może było to uczucie związane raczej z moimi dziewiętnastoletnimi pierwszymi razami. Niemniej jednak nawiedza mnie od czasu do czasu o nim wspomnienie.

Gapienie się ze spokojem w sercu na sznury trąbiących na siebie nawzajem samochodów, riksz i motocykli, na kobiety chodzące poboczem boso, w kolorowych łachmanach. Wrażenie nieistnienia nieba i wszechobecnych zapachów gotowanego jedzenia.

W Bangkoku podróżowałam z mamą wypchanym po brzegi tramwajem wodnym. Mimo przelewania się tłumu za burtę nikt nie odważył się usiąść na pustych miejscach, opatrzonych tabliczką w dwóch językach „Reserved for monks”. Na jednym z nich siedział łysy mężczyzna w nieokreślonym wieku, odziany w brunatną szatę. Przewodnik mówił nam, że każdy mężczyzna jest obowiązany w tej kulturze na pewien czas przywdziać to ubranie. Spędzać dni na medytacji i żebrać o jedzenie. W moim skromnym doświadczeniu nie mieściła się możliwość spędzenia całego dnia na medytacji. Nie umiałam wtedy tego robić. Rozbolewała mnie głowa od nadmiaru myśli, drętwiały mi stopy i nie czułam żadnej ulgi. Mimo to, już wtedy, wydawało mi się, że mnichem zostaje się w nagrodę. Nie tylko dlatego, że mieli gdzie usiąść w podróży.

Kilka lat później, zwiedzając jakieś świątynie gdzieś na Sri Lance, spostrzegłam w tłumie moją pierwszą mniszkę. Nie różniła się wiele od swoich męskich odpowiedników. Brunatna szata przewiązana sznurkiem, ogolona głowa i sandały. Ale twarzy i ruchy to była już inna bajka. Uderzyło mnie jej piękno i gracja z jaką się poruszała. Wtedy już żyłam może nawet bardziej rygorystycznie niż ona. Do tego stopnia, że mama musiała się kłócić ze mną o to, żebym zjadła choć trochę ryżu. Pognałam za mniszką i z braku innego sposobu na uczczenie tej chwili i tej fascynacji starałam się jej zrobić zdjęcie. Bądź co bądź byłam tylko turystką. A mama chodziła za mną i też starała mi się zrobić zdjęcie. Choć jedno takie, na którym bym się uśmiechała.

Minęły kolejne lata i byłam już zupełnie innym człowiekiem, choć wciąż lubiłam miejsca święte i biegać. Na południu Chin, gdzie wówczas mieszkałam, też mieli buddę. Po drugiej stronie ulicy, przy której stał mój blok było jezioro otoczone parkiem, w którym za chodnik służyły takie popękane płyty, jak onegdaj nad Wisłą w Warszawie, albo w Choszczówce przy schronach. Dzięki nim pewnie czułam się tam swojsko. Park Północnego Jeziora, tak się nazywał. Mieli w nim miejską siłownię, kilka specjalnych konstrukcji skalnych, które Chińczycy z lubością stawiają, żeby Qi lepiej płynęła w przestrzeni i dwie wysepki, połączone z ziemią mostkami. Na jednej wysepce zamknięta brama odgradzała intruzów od opuszczonego budynku z powybijanymi oknami, otoczonego zapuszczonym ogrodem. Czasem widziałam młodych Chińczyków zakradających się tam w wiadomych celach. Na drugiej wysepce stał, a raczej siedział, kolorowy budda. Mógł mieć z dziesięć metrów wysokości, albo i więcej. Obok niego, w okrągłym baseniku leżał złoty żółw, na którego trzeba było rzucać pieniądze. Pewnie na szczęście, chociaż cholera wie. W pawilonie po lewej stały tradycyjnie jakieś brodate i brzuchate, chińskie bóstwa, w tym GuanYin, bodhisattwa, który zmienił płeć i stał się chińską boginią matką. Po prawej w pawilonie mieszkał pomarszczony mnich i jego biały kot. Czasem rozmawialiśmy. Z kotem na kolanach, rozwalonym jak chiński cesarz. A mnich wiódł, jak na mój gust, prosty żywot. Czasem coś gotował. Czasem go nie było. Może jechał gdzieś w interesach. Wtedy zostawiałam tylko kotu wiadomość, że byłam, że kasa za kadzidła leży na stole i że będę znów za kilka dni. Ten budda był ładny. Miał fajne czarne afro i kobaltową szatę. Mnich czasem chodził w jeansach i w starym zegarku Cassio. Taki model, co go też chyba kiedyś miałam. Nawet poznał moją mamę. Ale kiedy przyszłam się pożegnać, to akurat go nie było. Kota też ani widu ani słychu. I wyjechałam, wpierw rzucając na żółwia resztę chińskich drobniaków.

Czasami tęsknię za Azją. Za tym uczuciem tęsknię.

A walk

15 Mar

It’s a sunny day in Brussels and I’m lucky enough to be able to go out for a walk. I go to Cinquantenaire Parc in the center of European district. Streets are crowded with EU officials, enviable people, whose successes and strains are printed on their faces. With each small group passed another language falls down my ears and some of them even speak Polish. Those voices and their avatars I judge harder, automatically looking for a sign of provinciality. Of an attitude that could be described as “I caught hold of heaven’s hallway, and by no means will I let go”. I do not greet anybody. Brussels is not far enough. We are not yet reunited in a foreign country as fellow men. I remain a voiceless face with no appropriate homeland. I wonder about how did they end up here. If also by a twist of fate as the signed below. Continue reading

Mystery of the Golden Pince-Nez

23 Feb

An unusually tough winter seized the city of London. All warm-blooded creatures hid inside to avoid the instant freezing of the exterior. Meanwhile – to the utmost displeasure of the Police – the criminals didn’t find it reasonable to cease their activity. On a stinging cold morning of December the Officers were reported with a peculiar case, that obliged them to leave their mugs with hot coffee behind and head to Holland Park.

The alleged crime scene was settled underneath a small bridge, constructed by a waterfall on one side, and a small lake on the other. The water in the reservoir turned into rock-solid ice weeks ago, inviting ice skaters for a blast. It was one of the first skaters to appear on the naturally formed ice rink, that got puzzled by a streak of blood frozen to the surface. It could have been completely ignored by a passer-by walking over the bridge. The blood was the only indication that one was looking at a crime scene. Continue reading

Przeprowadzka

12 Feb

W przeciągu dwóch lat to moja ósma przeprowadzka. Może to jeszcze nie rekord Guinnessa, ani tabor cyganów, ale z pewnością coś to o mnie mówi.

Nie wiem czy to jakiś rodzaj wewnętrznego zegara, czy raczej bomby z minutnikiem, która w końcu wybucha i swoim impetem rzuca mną gdzieś dalej. Lub bliżej, a potem znowu dalej. Czasem oczywiście to normalne okoliczności: remont czy zmiana pracy, ale nie ma się co oszukiwać. Szukam swojego miejsca i jakoś wciąż go nie znajduję. Continue reading

W urzędzie

9 Jan

Myślę, że Europa znalazła się w bardzo dziwnej sytuacji.

Zostałam ponownie wezwana do Urzędu Gminy wsi, na której mieszkam. Trzeci raz w tym tygodniu. Tym razem głos urzędniczki nagranej na automatycznej sekretarce zapraszał mnie po odbiór Potwierdzenia Zarejestrowania w Gminie. Dziwność tego zaproszenia polegała na tym, że ostatnim razem kazała mi czekać około trzy miesiące na odpowiedź z Biura ds Obcokrajowców, gdzie zostały wysłane moje papiery. Odpowiedź miała być jednoznaczna – should I stay or should I go. Continue reading

Krótko o świętach

21 Dec

Moja mama siedzi na podłodze w kuchni i wyciąga po kolei z szafki pudełka, puszki i siatki z niezidentyfikowanymi proszkami, kaszami i fasolą. Musi sprawdzić co ma przed wyjściem na bazarek, na którym to bazarku mamy zrobić świąteczne zakupy.

– Czego potrzebujemy do sałatki? Oprócz włoszczyzny i jabłek? Continue reading

Isabelle i szlafrok

4 Nov

Stałam na patio, przysłuchując się ptakom, wyjątkowo rozszczekanym tego słonecznego, nieco zimnego poranka. Ptaki zawsze brzmią tak wesoło, przynajmniej dla ludzkiego ucha. A co jeśli są smutne, albo wkurwione? Trudno jest cierpieć na depresję, gdy jedyny dźwięk jaki możesz dobyć z dziubka to „ćwirćwir”. Continue reading

Książka

12 Aug

Ilekroć ludzie pytają mnie „Więc co tak naprawdę chciałabyś robić?” uśmiecham się głupawo. Automatycznie odpowiadam „nie wiem”, „coś w kulturze”, „ale nie chcę więcej pracować poniżej moich kwalifikacji”, „co to, to nie”. Prawdziwą odpowiedź mam jednak wyrytą bardzo czytelnie. W tyle głowy. Nie muszę znużona wywracać oczami, żeby ją widzieć. Nie muszę wodzić, w udawanym zamyśleniu, palcami u nasady włosów, by Braille’m to odczytać. Continue reading

Warszawski Taksówkarz

6 Aug

Komediodramat w jednym akcie.

Osoby:

Taksówkarz I

Taksówkarz II

Taksówkarz III

Taksówkarz IV

Taksówkarz V

Taksówkarz VI

Centrala

Pasażer Continue reading

Adam

29 Jun

They adored late June afternoons spent together. She spread her body comfortably on the couch, taking his head on the belly, stroking his short blond her pensively. It was that kind of time, which she could never afford having with her own mother. Whenever there was an opportunity to lay down, doing nothing, they threw each other back into unimportant chores, just to shoo away idleness.

  • Mom, why my name is Adam? At school there is no other… why did you go for a name so strange?
  • It’s not strange. It comes from the Bible.
  • The Bible? So why not call me Abdullah Abdullah? I’m sure there was one there.
  • I guess someone is in desperate need of revision of the Holy Texts. No, no, I’m kidding, don’t do it. It’s kind of heart-warming for me to see, that you’re not contaminated by any religion. That was one of the goals of your Father and I.

Continue reading

%d bloggers like this: